Koniec epoki lubienia

Podobno w mediach społecznościowych nie ma dobrych i złych komentarzy, są tylko takie, które budują twoją markę osobistą i takie które ją niszczą. Zastanawiam się czy to jest nadal aktualne w przypadku współczesnych mediów społecznościowych. Stara zasada „pomyśl dwa razy zanim nic nie powiesz” w dyplomacji jest dobra, ale w mediach społecznościowych może oznaczać najdelikatniej mówiąc brak efektu. Unikanie wyrażania swojej opinii, słodzenie plus umiarkowany narcyzm dla współczesnego odbiorcy jest jasnym sygnałem: ten człowiek prawdę ukrywa, a pokazuje tylko lukier. Co gorsza, istnienie w mediach społecznościowych jedynie w celu „budowania wizerunku” jest kiepskim pomysłem. Tak samo jak stosowanie reguł dyplomacji tam gdzie wszyscy chcą jakiejś prawdy.

Nie poleca, nie lubi, nie obserwuje


W ostatnim czasie nastąpiła ciekawa zmiana w dwóch (chyba najpopularniejszych) serwisach społecznościowych. Pierwszą z nich zauważyli prawdopodobnie wszyscy, czyli Facebook-owe warianty przycisku „Lubię to”. Dla mniej aktywnych: od niedawna na FB można także wyrażać inne emocje poza zadowoleniem z opublikowanych informacji. Druga jest mniej widoczna, odbywa się w serwisie LinkedIn i ewidentnie nie jest zjawiskiem zamierzonym. Przynajmniej nie przez twórców LinkedIn. Mianowicie, z jakiegoś powodu coraz częściej pod różnymi ogłoszeniami o pracy, nagrodach, „gazelach biznesu” i innych wpisach nakierowanych na budowanie jakiegoś wizerunku pojawiają się mniej lub bardziej merytoryczne komentarze negatywne byłych lub niedoszłych pracowników, nieufnych obserwatorów, sarkastycznych ekspertów i innych osób zaburzających dotychczasowy „rytm” LinkedIn. Rzecz w tym, że autorzy tych komentarzy robią to pod własnym nazwiskiem. Tym samym ich komunikaty są bardziej wiarygodne od marketingowych historyjek o „możliwościach rozwoju”, „pracy w świetnie zorganizowanym zespole” i „bogatym pakiecie socjalnym”.

Lubić inaczej

Wydaje się, że podobnie jak Facebook w końcu zaakceptował fakt, że nie wszystko da się lubić, tak samo inne serwisy w tym LinkedIn będą musiały zmierzyć się z tym, że komunikacja nie może być tylko „nieszkodliwa”. Co ciekawe, z tym samym będą musieli się zmierzyć użytkownicy. Chwilę po ostatnich zmianach na FB można było zobaczyć, że nie każdy czuje się dobrze z tym, że sprawy z „lubieniem” się komplikują. To że w mediach społecznościowych pojawia się możliwość wygodnego i symbolicznego pokazania negatywnych emocji, oznacza, że wśród publikowanych postów zacznie pojawiać się także więcej informacji nastawionych na taki negatywny odbiór. Z jednej strony, opublikowanie ponurej wiadomości przestaje być kłopotliwe, bo można na nią zareagować inaczej niż poprzez kliknięcie „Lubię to”. Z drugiej, przybędzie nam postów o tym, że ktoś umarł, albo że stracił pracę, albo został oszukany. To - poza tym, że samo w sobie nie jest „fajne” - zmusi użytkowników do negatywnych reakcji, gdyż brak reakcji może zostać odebrany jako obojętność.

Lepiej wiedzieć niż lubić

Gdyby ktoś zapytał mnie jak zmieni się Internet w najbliższych latach, odpowiedziałbym, że stanie się bardziej szczery. Spopularyzuje się model oceniania informacji jako przydatnych lub nieprzydatnych (albo: wiarygodnych lub nie). A profile użytkowników będą wzbogacone o współczynnik reputacji - rozwiązanie od dawna sprawdzające się w serwisach typu Stackoverflow . Dzięki temu informacja, którą będziemy otrzymywali będzie wzbogacona o meta-przekaz o tym, ile jest warta.

Dodatkowo - co widać już teraz - Internet przestanie być „amerykański”. Uśmiech przyklejony do wszystkiego kiedyś nam Polakom także wydawał się sztuczny, dziś już go akceptujemy. Ale inne społeczeństwa (stanowiące niewątpliwie znacznie liczniejszą grupę użytkowników mediów społecznościowych), nie koniecznie postrzegają np. publiczne lamentowanie jako coś złego. Za to nie zawsze dobrze czują się publicznym okazywaniem radości.
Trwa ładowanie komentarzy...